liftowanie po immacolowemu

Ja wiem, że nie wypada się ciągle tłumaczyć  z zaległości, więc napiszę od razu – styczeń to podwójna sesja, więc moja obecność w internecie może być mniejsza (powinna, ale nie od dzisiaj wiadomo, że jak ma się człowiek uczyć to wszystko jest ciekawsze). Nie zmienia to jednak faktu, że dzisiejszy dzień spędziłam bardzo twórczo – rano na warsztatach z bardzo miłymi paniami robiłyśmy kartki na dzień babci i dziadka (takie, jakie mogą potem przygotować ze swoimi dziećmi), a potem odbyły się nasze comiesięczne bablublińcowe ploty. A wieczorem w Lublinie nastała zima. I to całkiem porządna.

Ale nie o zimie dzisiaj chciałam. Liftonoszki jak wiadomo obudziły się ze snu zimowego, ja również. Tores zapodała nam do zliftowania pracę Finn. Nie powiem, biłam się z myślami czy sprostam temu liftowi. Ale on tak jakby mi się przyśnił, trochę go przerobiłam po immacolowemu (czytaj: zgubiło mi się pewnie po drodze kilka warstw). I tworzenie poszło całkiem gładko.


Komentarzy: 4 do “liftowanie po immacolowemu”

  1. wyszło pięknie!
    bardzo mi się podoba ta delikatność i ulotność :)

  2. bardzo ładny

  3. następnym razem nie musisz się zastanawiać czy podołasz. wierz mi, że podołasz ZAWSZE :)

Komentuj